"Zaklinacz koni". Nicholas Evans.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (1996).  Seria KAMELEON.

Przełożył Paweł Witkowski. 
Tytuł oryginalny The Horse Whisperer.

Och, stare, dobre czasy, kiedy okładki, zwłaszcza serii, a taką jest Seria Kameleon, w której ukazała się ta książka, były starannie projektowane i nie pod publikę (damy to śliczną panią, biały płotek i rower, to się spodoba),ale zgodnie z tym, o czym było w książce. Nie inaczej jest tu, zaprojektowana przez panią Lucynę Talejko-Kwiatkowską z fotografią autorstwa pana Piotra Chojnackiego okładka właśnie przyciąga wzrok. Treść zaś zachwyca. 

Tak, czytałam kiedyś, bardzo dawno temu tę książkę. Potem nawet oglądałam ekranizację z rewelacyjną obsadą i młodziutką Scarlett Johansson w roli Grace. Z tego nie pamiętałam nic poza tym, że zdumiona byłam faktem, że filmowcy zmienili zakończenie książki w stosunku do pierwowzoru.

Tak więc wróciłam do niej po wieeeelu, naprawdę wielu latach. Przesyłam wiele ciepłych myśli do Osoby, która zostawiła ten tom w osiedlowej Książkodzielni, bowiem dzięki niej miałam wspaniały powrót do naprawdę świetnej prozy. 

Macleanowie to rodzina składająca się z trzech osób. Annie to dziennikarka, przejęła podupadające pismo i stawia je właśnie na nogi. Jej mąż, Robert, to wzięty prawnik. Grace zaś to ich trzynastoletnia córka. 
Na co dzień mieszkają w Nowym Jorku, jednak ze względu na wielką pasję, jaką jest jeździectwo, któremu oddaje się nastolatka, kupili dom mieszkalny w Chatham, gdzie jeżdżą na weekendy. Grace ma tam przywiezionego z Kentucky konia Pielgrzyma. Piękny ciemnogniady wałach, czterolatek, który ma swój charakter i którego dziewczyna darzy wielką miłością. 
W Chatham dom wakacyjny mają też ich znajomi, których córka Judith jest niemal w wieku Grace i z którą też łączy ją pasja do jazdy konnej.  Judith również ma swojego konia, Guliwera. Dziewczyny kiedy tylko mogą, razem wybierają się na wyprawy i nie inaczej jest pewnego grudniowego poranka w weekend, kiedy na wyjeździe są Grace z ojcem, bo mama zajmująca się sprawami pisma dojedzie do nich dopiero w sobotę. 

Grace i Judith oporządzają konie i wyruszają w wyprawę a w tym samym czasie nieopodal po pewnych perypetiach do ciężarówki wsiada jej kierowca, Wayne P. Tanner. Nie jest zadowolony, bo dzisiaj spadł śnieg, a on zorientował się podczas swojej długiej drogi z innego stanu, że z jakiegoś powodu nie posiada łańcuchów na koła. 
Tak, drogi tych trzech osób i dwóch koni przetną się i na skutek naprawdę złego zbiegu okoliczności, dojdzie do tragicznego wypadku. W wyniku tegoż życie tracą Judith i Guliwer, a zarówno Grace, jak i Pielgrzym uchodzą z życiem, ale oboje okaleczeni. Prawa noga nastolatki musi zostać amputowana zaraz nad kolanem.

Mijają ciężkie dni, ale Grace udaje się powolutku wrócić do czegoś w rodzaju normy (z terapią i dopasowywaniem protezy nogi), a w tym czasie ważą się losy ciężko okaleczonego Pielgrzyma. 
Nie popełnię spoilera, bo przecież dalsza część to opowieść o dochodzeniu do siebie po traumie, mimo, że początkowo wszyscy byli za uśpieniem wałacha, to Annie sprzeciwia się temu i podejmuje decyzję o daniu koniowi drugiej szansy. W jakiś podświadomy, być może macierzyński a może też po prostu, rodzicielski sposób czuje, że od tego zależy życie jej własnej córki. 
Po wielu perypetiach, w czasie których los Pielgrzyma naprawdę nie wyglądał dobrze, Annie wraz z Grace i koniem trafiają do zaklinacza koni, którym jest Tom Booker. 
Annie zostawia pracę w Nowym Jorku przekonana, że w Montanie, gdzie mieszka kowboj uda się jej pracować zdalnie i w sumie, tak właśnie robi (a obecnie prawdopodobnie nie byłoby to już nic dziwnego, no ale mamy lata dziewięćdziesiąte, więc to rodzaj nowości). Grace nie chce jechać. Grace w ogóle nie chce patrzeć na Pielgrzyma, z którym po wypadku stało się coś złego, a na pewno nie pomogło to, jak był po tym traktowany. Jednak jej matka się nie poddaje i oto dwie wraz z Pielgrzymem ruszają w długą drogę do Montany, gdzie mieszka Tom. Robert zostaje w Nowym Jorku, ale ma z nimi codzienny kontakt. 

Najwięcej dzieje się właśnie w części na ranczo, kiedy Tom pomaga dojść do siebie Pielgrzymowi, a właściwie, to wiemy, i koniowi i dziewczynce. Chociaż niektórzy nazywają to magią, to po prostu raczej ogromnie dobra znajomość psychiki koni, ich zachowań, ale też wyrozumiałość i cierpliwość. Tom nie czuje się zapewne żadnym zaklinaczem koni, a raczej kimś, kto nie traktuje tych zwierząt przedmiotowo i który chce przede wszystkim ich dobra. 
Mimo ogromnie smutnego tematu, ta książka jest zachwycająca. Przynajmniej zachwyciła ponownie mnie. Jest to też tego rodzaju książka, co do której jestem przekonana, że pierwotnie przeczytałam ją za wcześnie. Tak mi się wydaje, że odbieram ją teraz o wiele pełniej. Ale nie znaczy to, że zniechęcam młodsze osoby do lektury, może to moje osobiste odczucia. 
"Zaklinacz koni" to opowieść niełatwa. Dużo tu cierpienia i ludzi i zwierząt. Ale ostatecznie jest to opowieść o podnoszeniu się po tragedii, po stracie. Po stracie kogoś, ale też wyobrażenia sobie na temat czegoś, co mogło być w naszym życiu, wydarzyć się w nim kiedyś, a czego już nie będzie, z racji tego, co się stało. Jest to też według mnie książka, która pomimo tego, co opisuje, to niesie ze sobą bardzo pozytywne przesłanie, jakiś rodzaj pokrzepienia i nadziei, że można wyjść z nawet największego smutku. 

Podobno postać Toma Bookera zainspirowana została osobą Dana M. "Bucka" Brannamana.
Czyż to nie jest niesamowite, że istnieją osoby, które potrafią pomóc zwierzęciu wyprowadzić je z mroku, w które zostało wtrącone bardziej lub mniej świadomie przez człowieka?

Polecam powrót do tej książki, jeśli lubicie wracać do czegoś, co niby znacie. Ja w sumie nie pamiętałam z niej niemal nic. I sądzę, że śmiało mogę powiedzieć, że przeczytałam ją na nowo. 

A ocena to oczywiście 6 / 6. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Refleksyjnie, rocznicowo...

Dzień Dziecka Utraconego

Rocznica ...