"Emily ze Srebrnego Nowiu". Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2026). 


Przełożyła Anna Bańkowska.
Tytuł oryginalny Emily of New Moon.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa, stąd obiecana recenzja. 
Ale z "Emily ze Srebrnego Nowiu" wiąże się jeszcze jedno miłe wydrzenie, a mianowicie, otrzymałam ją również od mojego Tajemniczego Mikołaja! Z tym, że tym razem z okazji urodzin. Dziękuję raz jeszcze przy tej okazji. 
Pojawia się więc recenzja obiecana Wydawnictwu ale też i sama napisałabym o tej książce słów parę, tym bardziej, że niedawno relatywnie przecież czytałam ją w przekładnie Marii Rafałowicz-Radwanowej i chciiałam zobaczyć, jak czytać mi się będzie to tłumaczenie.

Czy przekłady da się porównać? Pewnie tak, jeśli ktoś odczuwa taką potrzebę. Mnie, powiem szczerze, spodobał się zarówno ten starszy jak i ten współczesny. Pani Anna Bańkowska przekładając serię o Anne, zapoczątkowaną tytułem "Anne z Zielonych Szczytów" zżyła się z pewnością z postacią autorki na tyle, że z pewnością możemy mówić o idealnym oddaniu klimatu i nastroju tych książek. 

Muszę przyznać, że "Emily ze Srebrnego Nowiu" jakoś tym razem poruszyła mnie ogromnie wątkiem osieroconego dziecka. Nie to, że w poprzednim przekładzie wątek ten nie był akcentowany, po prostu tu jakoś silnie to wybrzmiało a być może ja z pewnych osobistych powodów tym razem wyjątkowo mocno na tym się w odbiorze skupiłam. 

Emily Byrd Starr poznajemy jeszcze w chwili, gdy jej chory tata żyje ale niestety, wiemy, że wkrótce pokona go choroba. Sam zajmujący się literaturą i widzący w córeczce (Emily w początku książki ma jedenaście lat) potencjał do rozwoju pisania, odchodząc przykazuje córce, aby ta swojego talentu nie zaprzepaszczała i aby pisała jak najwięcej. 
Emily trafia do domu dwóch ciotek mieszkających w Srebrnym Nowiu. Elizabet (to ta surowa) i Laura (to ta łagodniejsza i bardziej kochająca) to rodzone siostry matki dziewczynki. Matki, która uciekła z ojcem dziewczynki, by wziąć z nim ślub mimo sprzeciwu rodziny. 
Elizabeth i Laura żyją tam dość surowo, ale nie biednie, po prostu nie widzą sensu w gonieniu za nowoczesnością, czy kaprysami mody. Laura jest tą cieplejszą i kochającą, a Elizabeth, to ten surowszy policjant z duetu, niemniej jednak z czasem poznajemy, że tak naprawdę i ona pokocha Emily  (chociaż ta relacja poprawi się po dłuższym upływie czasu). Ciotki zapewniają jej wikt i opierunek i naukę a dziewczynka musi z dnia na dzień nauczyć się żyć w Srebrnym Nowiu. Jej charakter, umiejętność otwarcia się na to, co nowe i chyba niejako też zwyczajnie przymus sytuacji, powoduje, że z czasem odnajduje się ona w tym domu dobrze. Dochodzi jej talent i listy, które w tajemnicy przed wszystkimi pisze do zmarłego ojca i pozostawia je w skrytce na strychu domostwa. W listach tych może szczerze wylać łzy, wyżalić się i napisać to, co ją gryzie, szczerze.

A przy tym zawiera pierwsze dziecięce przyjaźnie. Teddy Kent to rówieśnik mający zaborczą matkę.  Ilse Burnley ma z kolei ojca, który uwierzywszy w głupie plotki o żonie, która zniknęła gdy Ilse była maluszkiem, niespecjalnie poświęca czas własnemu dziecku. Do tego dochodzi jeszcze Perry Miller zatrudniony w Srebrnym Nowiu. Razem z Emily chodzą razem do klasy i spędzają wspólnie czas poza szkołą. 

"Emily ze Srebrnego Nowiu" to podobno najbardziej biograficzna książka z napisanych przez Lucy Maud Montgomery. Może dlatego tak mnie wzrusza za każdym razem i to sieroctwo dziewczynki, z dnia na dzień rzuconej w obce realia i zwyczaje, mimo, że pod opiekę rodziny przecież i ta chęć pielęgnowania talentu pisania, którą to obietnicę złożyła umierającemu ojcu. 
Wreszcie, wrażliwość i empatia Emily, która stara się mimo wszystko widzieć w innych więcej dobra, niż zła. I której to wrażliwość i coś na kształt szóstego zmysłu pozwoli dzięki jej przeczuciom rozwiązać jedną z największych zagadek dotyczących kogoś jej bliskiego. 
Do tego dochodzą charakterystyczne dla autorki opisy natury i przyrody, którą zachwyca się bohaterka. 
Wiem, że są ludzie na to narzekający, ale ja osobiście za każdym razem z przyjemnością przenoszę się niemal do opisywanych przez autorkę krain. 

Postać Deana Priesta, którego niezmiennie uważam za niebezpiecznego typa w ogóle staram się ominąć. Jak nie napisałam o nim dobrego słowa w pierwszej recenzji książki, tak nie zmieniam swojego zdania o nim. Nieciekawy i zbytnio chcący nawiązać znajomość z o wiele młodszą od siebie dziewczynką. Co ciekawe, albo ukazuje mentalność tamtych czasów, nikt z tej znajomości nie robi problemu. Mnie ogromnie irytuje i cieszę się, (uwaga, spoiler :) ), że Emilka nie zwiąże się z nim. 

Moja ocena to 6 / 6.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Dzień matki". Ilona Zdziech.

Książki, które czytałam w wakacje i...

"Osada". Michał Śmielak.