"Zbrodnia o smaku goryczy". Marta Moeglich.

Wydana samodzielnie przez Autorkę. Ebook. Warszawa (2026).

Dziękuję Autorce, Marcie Moeglich za przysłanie mi książki do recenzji. 

Przyznam się :) Do zrecenzowania książki "Zbrodnia o smaku goryczy" zgłosiłam się nie znając dwóch pierwszych książek z serii kryminalnej o Marcie Kuleczce ( i jej rodzinie). A są to "Śmierć i belgijska czekolada" i "Morderstwo o zapachu kawy". Ta niewiedza poskutkowała tym, że początkowo, przyznam, nie do końca znałam rodzinne powiązania, ale z pomocą znajomej, której dziękuję, dowiedziałam się, co i jak. 
Na wstępie spodobała mi się dedykacja, a brzmi ona, cytuję "Dla wszystkich kobiet, które myślą, że już za późno".
Zabrzmiała intrygująco swoją innością od takich tradycyjnych dedykacji, które też oczywiście są przecież dobre. Ale jednak ta była nieco inna od tego, co się widuje i tym bardziej byłam ciekawa, czy w jakiś sposób może być nawiązanie do niej w treści książki. 
I sądzę, że tak. 
Ale od początku. Przyznałam się do tego, że nie znałam wcześniej książek Moeglich, więc przyznam się do czegoś jeszcze. Nasza znajomość z tą książką nie zaczęła się lekko, łatwo i przyjemnie. Być może, o czym wspomniałam na początku, nieznajomość rodzinnych powiązań i poprzednich wydarzeń łączących bohaterki, wpłynęła na to. Być może. Nie zmienia to faktu, że początek książki kompletnie mi nie szedł. 
Byłam tym dość zmartwiona, bo oczywiście wiem, że Marta Moeglich liczy na szczerą opinię, ale sama, jako czytelniczka, po prostu wolę pisać o czymś, co mi się czyta dobrze. Minął czas, gdy miałabym chęć popastwienia się nad czymś (nawet w taki wysublimowany sposób) dla samego sportu. 
Początek więc nie szedł mi i miałam takie wrażenie, że właściwie to mam takie w stosunku do książki odczucia letnie. Przełom nastąpił w chwili, gdy, pomimo że to jest kryminał, stwierdziłam, że ja osobiście czytać będę tę książkę jako książkę obyczajową przede wszystkim. I zdarzyło się to, co lubię, nagle lektura "zaskoczyła". 

Autorka sama mieszka w belgijskim mieście Leuven i tamże umieściła akcję kolejnej książki o wspierających się zaprzyjaźnionych kobietach. 

Główną bohaterką jest Teresa. Przepraszam za spolszczenie imienia. Oryginalne ma aż dwa akcenty i przyznaję, nawet czyniąc notatki pisałam imię bohaterki w polskiej wersji. Kobieta niebawem kończyć będzie osiemdziesiąt lat, od dekady jest wdową. Mieszkała do niedawna tylko z psiakiem, jamnikiem Maksimusem, a od paru lat zaprzyjaźniona jest z Martą Kuleczką, Polką, która od jakiegoś czasu mieszka obok. A z kolei Marta mieszka z mężem, dwójką dzieci i szwagierką, Misią. 
Te trzy kobiety, Teresa, Marta i Misia tworzą wspaniałą drużynę. Pisałam o tym w swoich recenzjach wielokrotnie. Jest parę motywów w książkach i w filmach, które zawsze mnie "kupią". Jednym z nich jest przyjaźń kobiet, cóż, napiszę słowo, które czasem mnie nawet trochę irytuje, bo kojarzy mi się z czymś nieco innym, niż to, o co mi chodzi, ale chodzi o taki "krąg kobiet". Kobiet, które stają się dla siebie kimś więcej, niż jedynie sąsiadką z mieszkania obok. Stają się dla siebie rodziną. To kobiety, które wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć, wesprzeć się wzajemnie. Żadna z nich nie ma poczucia, że musi nosić jakąkolwiek maskę. Może być sobą i być szczerą. Oczywiście wiadomo, że każdy z nas ma w sobie coś, co skrywa latami, co jest jego sekretem, do którego dostępu nie ma nikt poza nami samymi, ale tu przedstawione są relacje, które dają poczucie, że zawsze można chcieć samemu do tego sekretu owym kobietom dać dostęp. Cenne są takie znajomości i pewnie niezbyt częste, niestety.

Skupiłam się na wątku obyczajowym, bo ten mnie absolutnie zachwycił i wciągnął i na nim się skupiam. No, ale w tytule przecież jest zbrodnia i chcę się też do warstwy kryminalnej odnieść. 
Szczerze? Wątek kryminalny jest po prostu. Według mnie dość przewidywalny, w momencie, kiedy poznajemy czas "kiedyś" powoli domyślamy się, dlaczego do zbrodni doszło. 

Teresa spotyka się z Hendrikiem. Siostra starszego pana przebywa w Domu Opieki "Kwitnąca Jesień". Bierze udział w rozmaitych zajęciach, w tym uczestniczy w chórze pensjonariuszy. Podczas jednego z koncertów, na którym obecna była też Teresa towarzysząca Hendrikowi, występ przerywa nagłe wtargnięcie do sali, w której odbywa się występ jednej z pensjonariuszek. Pensjonariuszka unosi w jednej z dłoni kość udową i oznajmia publicznie "Wykopałam go".

I od tej pory rozpoczyna się i oficjalne dochodzenie, o kogo może chodzić i dlaczego ta osoba znalazła się zakopana w ogródku domu opieki. Oprócz policyjnego zaczyna się też i to całkiem prywatne dochodzenie, jakie będzie prowadzić ta bezbłędna trójka, czyli Teresa, Marta i Misia. 
Szybko okazuje się, kogo kość w dłoni trzymała starsza pani. Chodzi o Victora, jednego z mieszkańców, który zaginął mniej więcej rok temu. Można powiedzieć, że starszy pan był miejscowym nie tyle uwodzicielem, co osobą, która lubiła zawrócić w głowie więcej, niż jednej z pań. 
Ale czy karą za potencjalne niezbyt miłe i uczciwe traktowanie płci pięknej jest zabicie faceta i zakopanie jego ciała w przydomowym ogródku? Wygląda na to, że Victor, który wywodził się z szanowanej belgijskiej rodziny, miał jakieś grzechy przeszłości. Ale, czy na pewno tylko on? 

W książce poznajemy akcję zarówno współcześnie, jak i ze wspomnień małej dziewczynki. Niemniej jednak nie tylko wydarzenia z przeszłości tej dziewczynki stanowią ważną część książki. Również dowiemy się sekretu z przeszłości Teresy. 
Pewne sprawy ciągną się latami i czasem mamy poczucie, że ta przeszłość zbyt nas zdeterminowała, że wpływa na nasze obecne życie. Ale okazuje się, że zawsze jest czas na to, aby coś się zmieniło na lepsze, jest czas na przebaczenie i zapomnienie. Ale przede wszystkim na rozmowę z drugim człowiekiem. Bo ta stanowi istotną część relacji międzyludzkich. 

Jak wspomniałam, wątek kryminalny był (według mnie, oczywiście) najsłabszą częścią książki, bo zwyczajnie był dość przewidywalny. Mocno za to Agatho Christie'owski, jakby się zastanowić, więc właściwie sama nie wiem, skąd moje do niego pretensje.  Natomiast urzekła mnie część obyczajowa i za tę zdecydowanie dodaję plusów w ocenie. 

Ogólnie, to chcę podsumować to, co aż muszę wyszczególnić, a co jest według mnie świetne. 
1. Uczynienie jednej z bohaterek kobietą osiemdziesięcioletnią. Tak, w posłowiu sama Autorka wspomina, że za mało jest kobiet w podobnym wieku opisywanych w książkach. Jeśli już, to już mój dodatek, to na ogół występują w roli uroczych, ciepłych starszych pań z mnóstwem dobrych rad i tacą pełną ciepłych jeszcze ciast. Tereska, mimo wieku i związanych z nim ograniczeń, wciąż wydaje się być bardzo aktywną osobą, która raczej wybierze się na wycieczkę rowerem, niż zaplanuje pięciodaniowy obiad. 
2. Jeden z moich ukochanych motywów, czyli obcy sobie początkowo ludzie, którzy stają się stopniowo dla siebie wzajemnie rodziną. Ten motyw z powodów osobistych jest mi szczególnie bliski i jest to jeden z tych motywów, które mnie zawsze w książkach cieszą. 
3. Fanastyczne relacje kobiet w różnym wieku i wzajemne wsparcie. 
4. Plus za to, że Marta nie ugina się modom, czy sugestiom i mimo, że jej włosy są siwe, nie koloryzuje ich. Farby do włosów są świetne i super, że je mamy, ale miło też, że jakaś bohaterka lubi włosy już siwe. Bo tak. I nie chce nic zmieniać.
5. Ogromna radość za występującego w książce jamnika ;) 
6. Ogromne podziękowania za to, że dedykacja nie jest po prostu dedykacją a niesie wraz z treścią książki nadzieję na to, że w naszym życiu do pozytywnych zmian i wydarzeń dojść może nie tylko gdy jesteśmy na początku naszego życia, ale i gdy jak to się kolokwialnie mówi, jest nam bliżej do końca, niż dalej... 

Jak napisałam, po pierwszym gorszym wejściu w powieść stopniowo w nią się zagłębiłam i ujęła mnie właśnie swoją zwykłością, takim klimatem ciepła i pocieszenia ale we właściwych propocjach, bez nadmiernego słodu. 

To wszystko ostatecznie zaowocowało oceną 5 / 6. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Arystokratka na kanapie śmierci". Evzen Bocek.

"Osada". Michał Śmielak.

Sierpień...